Głupie pytania, część 115. (16 maja 2012, 20:25:44)
Czym się różni klawisz od przycisku?
Chwila Dla Debila, czyli blast from the past.
[paranoicznie: Loneliness is not a phase / Field of pain is where I graze / Serenity is far away
Saw my reflection and cried, hey / So little hope that I died, oh / Feed me your lies, open wide, hey / Weight of my heart, not the size, oh...]
[na marginesie: WYMAGANIA: poczucie ironii oraz zaliczony przedmiot Sarkazm.]
Czym się różni klawisz od przycisku?
Wyjaśnijmy to sobie raz na zawsze: mizeria to jest na słodko, czy na słono?
Majówka była fajna - przez te kilka dni, i tylko przez te kilka dni, moje łącze do Internetu działało z pełną nominalną prędkością...
To:
Lucy McRae: How can technology transform the human body?
...Chyba musi być przerażające dla fanatycznego miłośnika Stanisława Lema. BIPROCIAPS nadchodzi?
Dzisiaj po raz pierwszy w życiu, i to dwa razy, natknąłem się na użycie przedrostka ur- w języku angielskim. A uczę się angielskiego dobre 20 lat.
Jeśli się komuś zwierzam ze swoich problemów, to jedną z rzeczy, których nie chcę usłyszeć, jest "pocieszające" (w zamierzeniu nieszczęsnej ofiary moich zwierzeń) stwierdzenie, żebym się "nie martwił, bo niektórzy mają gorzej".
Jasna sprawa, że sam jestem winny tej zbrodni, ale teraz jestem mądry i w ogóle, więc to się nigdy nie powtórzy, prawda?
W każdym razie ktoś bardzo, bardzo stara się mnie pocieszyć, tymczasem ja słyszę tylko, że owa osoba nie rozumie i nigdy nie zrozumie o co mi chodzi. Najprawdopodobniej wynika to z tego, że tego, co ja przedstawiam jako problemy, owa osoba nie uważa za problemy; dla owej osoby jest to coś zupełnie naturalnego i owa osoba zupełnie nie rozumie (i nigdy nie zrozumie) jak ktokolwiek może mieć z tym problem. Może i są inne powody, ale moje problemy prawie zawsze są tej natury. Co więcej, jestem tego w pełni świadom (tj. obecnie jestem w pełni świadom; poprzez analogię, kiedyś myślałem, że jak ręka zaczyna napierdalać po minucie odręcznego pisania, to jest to zupełnie normalne i każdy tak ma), a i tak, pomimo tego, że jestem mizantropem drugiej kategorii (właśnie wymyśliłem to określenie), stuprocentowym introwertykiem i roztaczam wokół siebie aurę muru ze zbrojonego betonu, jednak czasem miewam ludzkie odruchy i mam ochotę się przed kimś zwierzyć. Szukam zrozumienia i dostaję... tym.
To tyle, jeśli chodzi o moją ludzką stronę. Moja nieludzka strona natomiast stwierdza, że to i tak nie ma sensu. Doskonale wiem, że moje problemy są raczej wagi lekkiej i nikt mi nie musi mówić, że niektórzy mają gorzej. Ale zawsze może być gorzej, prawda? No, prawie zawsze. Gdzieś jednak ten limit musi być. Ale niektórzy z tych, którzy mają gorzej, też nie mają aż tak źle w porównaniu z niektórymi innymi. Niech więc się cieszą, bo inni mają jeszcze gorzej. Możemy ich zatem wykluczyć z rozważań, ponieważ wcale nie mają problemów i nie mogą mieć gorzej niż ja. Idąc dalej tym tropem dochodzimy do tej jednej nieszczęsnej osoby (albo wąskiej grupy elementów minimalnych, zależnie od tego jak się skonstruuje relację "mieć gorzej") od której już nikt inny nie ma gorzej. Ta jedna osoba ma problemy, zaś cała reszta ludzkości pławi się w szczęściu wynikającym z tego, że nie jest tą osobą.
Ergo: wszyscy jesteśmy szczęśliwi i nikt nie ma problemów. Poza tą jedną osobą, która ma totalnie przerąbane.
[...Pink cloud has now turned to gray / All that I want is to play / Get on your knees time to pray, boy]